Wyszukiwarka:
Artykuły > Utwory, dzieła >

Poezje Gałczyński Konstanty Ildefons




Poezje

 

• Gałczyński Konstanty Ildefons •

• 1929 •

 

Niewielu poetów cieszyło się tak ogromnym powodzeniem, jak Konstanty Ildefons Gałczyński. Prowokacyjnie niefrasobliwy,

“traumaturga, bufon i hochsztapler” zabiegający o względy publiczności, upominający się nawet w wierszach o autorskie honoraria,

na wpół serio przyznawał, że jest na usługach zleceniodawców. Pierwszy tak wybitny poeta kultury masowej, budzący wiele

powszechnych wzruszeń. Kim właściwie był, skoro w najbardziej osobistych wierszach dostosowywał się do gustów czytelnika?

 

 

Skumbrie w tomacie

 

 

Żartobliwe credo poety (Ars poetica czyli Sztuka rymotwórcza), zapisane w postaci Listu do krawca Teofila, jest właściwie zbiorem

niby nie zobowiązujących żartów:

 

   O, kiedy wiersze staną się monetą,

 

   cóż to za rozkosz być wtedy poetą!

 

Czy jest to po prostu kokietowanie cynizmem? Czy może satyra na innych twórcow, którzy nie chcą się publicznie przyznać do

właściwych powodów swojego wierszopisania? A może świadomość reguł gry kultury masowej — jej twórcy i producenci są gotowi

zająć się tylko tym, co może przynieść pieniądze.

 

Postawa Gałczyńskiego niemal zawsze pozostaje niejasna. Wcześniejsza od Listu o trzynaście lat fraszka O naszym

gospodarstwie przynosi obraz ubogiego domu poety:

 

   O, zielony Konstanty, o, srebrna Natalio!

 

   Cała wasza wieczerza dzbanuszek z konwalią;

 

   wokół dzbanuszka skrzacik chodzi z halabardą,

 

   broda siwa, lecz dobrze splamiona musztardą,

 

   widać podjadł, a wyście przejedli i fanty —

 

   o, Natalio zielona, o, srebrny Konstanty!

 

Oto obraz domu ubogiego literata, dla którego naprawdę każdy grosz jest ważny. Jest w tym nieco kokieterii, jest jednak i

wyzwolenie fantazji, która łagodzi dokuczliwości życia.

 

Żona, liście dzikiego wina porastające ściany domu, głosy ptaków dolatujące zza okna i muzyka, słuchana namiętnie i

wielokrotnie wkraczająca do wierszy Gałczyńskiego. To mała arkadia, azyl nieprzystosowanego do rzeczywistości poety.

 

Źle się bowiem czuł w otaczającym go świecie Gałczyński. Część winy za to upatrywał w sobie — był tylko nazbyt wrażliwym,

niezdecydowanym i bez określonych poglądów intelektualistą, który może zostać ukarany podobnie, jak bohater wiersza Na

śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód (1929):

 

   Niepoważny stosunek do życia

 

   figla ci w końcu wypłatał:

 

   nadmiar kolorów, brak idei

 

   zawsze się kończą wstydem i

 

   są wekslem bez pokrycia,

 

   mój ty Niprzypiąłniprzyłatał!

 

Sławne Skumbrie w tomacie doczekały się wielu zastanawiających odczytań. Przed wojną były w miarę normalnym tekstem o

kompleksach inteligenckich autora. W czasach stalinowskich wykorzystywany był jako kpina z inteligencji mającej zastrzeżenia

do nowej władzy (to komuniści mieli być “wiatrem historii” przynoszącym postęp i szczęście, czego obawiała się “reakcyjna z

natury” inteligencja). W czasach Solidarności, “trzęsły się portki” konserwatywnej już wtedy partii komunistycznej. Popularny jest

ten wiersz i dzisiaj, choć nie bardzo wiadomo na złość komu przypominają go studenci.

 

Na niejasność politycznych zaangażowań Gałczyńskiego wpływa mijający czas, który odsuwa dawniejsze konteksty jego

wypowiedzi, pozwalając je interpretować w kontekstach nowych. Wpływa także na to sama struktura wypowiedzi poetyckiej. Tak

też jest ze Skumbriami. Parodiujący je wierszem Ozór na szaro Julian Tuwim zapewne nie bardzo orientował się w adresie kpiny

Gałczyńskiego. I dziś trudno już ustalić, czy postać, o której pisze nasz poeta:

 

   Był tu już taki dziesięć lat temu.

 

   (skumbrie w tomacie pstrąg)

 

   Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.

 

   (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)

 

   Krew się polała, a potem wyschło.

 

   (skumbrie w tomacie pstrąg)

 

to autor zamachu majowego Józef Piłsudski czy może Eligiusz Niewiadomski, zabójca prezytenta Gabriela Narutowicza. Ci, co

czytali wiersze Gałczyńskiego w czasach stalinowskich lub niewiele późniejszych, doskonale zdają sobie sprawę, jak bardzo

wiele z nich służalczo odpowiadało na “zapotrzebowanie” władzy. Poeta, podobnie jak bohater Listu do krawca Teofila, odpowiadał

na zamówienie — dawniej mieszczańskiego odbiorcy, później komunistycznego mecenasa. Zasada pozostała ta sama, zmienił

się tylko zleceniodawca.

 

 

Zaczarowaną dorożką z balu u Salomona

 

 

Gałczyński napisał kilka poematów, jednak najlepszym z nich jest młodzieńczy Bal u Salomona powstały w 1933 roku, a wydany

w 1937. Najlepszym zapewne dlatego, że najmniej wpłynęło na poetę jakiegoś rodzaju “zamówienie społeczne”. Gwałtowna

erupacja obrazów, jakże bliska prawie nieobecnemu w poezji polskiej nadrealizmowi, nie daje się łatwo interpretować. Od samego

początku, od dedykacji dla fikcyjnej postaci, mieszają się plany i tony wypowiedzi, groteska łączy się z liryzmem, fantastyczność

z satyrą społeczną, autobiografizm z planem kosmicznej zagłady.

 

Jedynie muzyka, jakkolwiek różnorodnie, w przedziwnych kontekstach pokazywana, wydaje się stałym i rzetelnym punktem

odniesienia — “albowiem muzyka nie kłamie”. Sformułowanie to pojawia się obok pochwały kompozycji Igora Strawińskiego,

genialnego stylizatora, ekspresjonisty, mistrza barwnej instrumentacji, patosu psalmów i groteskowych obrazów ludowych i

żołnierskich. Twórca ten został przywołany być może dlatego, że jedynie on potrafił oddać w różnorodności swoich kompozycji

oszałamiającą i obezwładniającą różnorodność kultury dwudziestego wieku.

 

Jest jeszcze jedno przeciwieństwo nonsensu świata — zagrożona arkadia życia osobistego poety, świat bowiem stał się chaosem

i do przeszłości należą czasy, kiedy

 

   każdy motyl miał swoje miejsce,

 

   każdy żuk swojego patrona,

 

   każda woda swój zachwyt należny.

 

Zachwycać może tylko pełen miłości dom poety, w którym żona jest “maleńkim bogiem”. I tutaj jednak nie da się schronić —

“przecież wiesz, że są nam potrzebne pieniądze”. I to tak prozaiczna potrzeba rozpoczyna grę poety, mającego napisać

autobiograficzny i autentyczny poemat dla niewybrednej publiczności, która zechce za niego zapłacić.

 

Jak przystało na romans popularny, lub pop-nadrealizm, akcja poematu toczy się w wyższych sferach, w pałacu tajemniczego

Salomona, który do końca nie pojawia się wśród balujących, choć najprawdopodobniej jest głównym reżyserem katastroficznej

akcji. Dziwaczne rekwizyty i postaci — wszystkie skazane są na zagładę. Nawet nadzieja wielu ówczesnych intelektualistów —

proletariat, który po rewolucji ma zbudować szczęśliwy świat, pojawia się mocno skarykaturowany.

 

Rozpadają się więzy świata i nie ma na to rady. Narastający absurd nie zakończy się żadnym ocaleniem. Ostatnią postacią

poematu jest zdziwaczały i brzydki przyjaciel poety, który stał się posiadaczem “księgi miraży” — tylko w mirażach bowiem

można odetchnąć od nonsensu rzeczywistości, zdając sobie doskonale sprawę, że to tylko rojenia.

 

Niewiele lat później przyszła wojna. Na krótki czas świat odzyskał dla Gałczyńskiego sens — jednak sens tragiczny. Ocaleniem

dla ludzkiego istnienia stało się bohaterstwo — takie, jak żołnierzy z Westerplatte. Jeden z najgłośniejszych wierszy połowy wieku

mówił o sprawach prostych — przede wszystkim był pochwałą naczelnej wartości, jaką jest ojczyzna, dla której zginąć jest

czymś zaszczytnym. Nie była to myśl oryginalna, jednak oczywista w swoim patosie i prawdzie moralnej. Bohaterstwo obrońców

Westerplatte jest swego rodzaju testamentem dla potomności, świadectwem, że póki istnieją tacy ludzie, świat nie straci nadziei.

Nie na długo jednak tej nadziei starczyło Gałczyńskiemu. Już w 1946 roku w Notatkach z niedanych rekolekcji paryskich, kiedy

wojna się zakończyła poeta pisze:

 

   Ziemia i niebo przemijają,

 

   chwieją się fundamenty światów,

 

   ostatni slogan snuje pająk:

 

   Vanitas vanitatum

 

Poeta wchodził w nowe życie z “walizką pełną rozpaczy”.

 

Mogłoby się wydawać, że wkrótce poeta odżył, że wypłynęła z niego wielka rzeka poezji. Powstały między 1946 a 1953 rokiem

poematy Niobe i Wit Stwosz, liczne wiersze o młodej socjalistycznej ojczyźnie “radośnie budowanej” przez cały naród, o przyjaźni

polsko-radzieckiej; błysnął gejzerem humoru w Teatrzyku “Zielona Gęś” i Listach z fiołkiem. Dziwna to była twórczość, w której

chyba tylko, jak w Balu u Salomona, tylko muzyka nie kłamała. We wspaniałym ołtarzu Wita Stwosza w kościele Mariackim nie

zauważył poeta centralnej postaci Matki Boskiej, wiersze "zaangażowane" robił według wymyślonej przez komunistyczną

propagandę receptury, dokuczliwie kpił z opozycji antystalinowskiej. Naprawdę dobrze czuł się w innym świecie, świecie, którego

już nie było.

 

Czytelnicy Zaczarowanej dorożki (1948) z łatwością wychwycą realia Krakowa z pierwszych lat powojennych. Rzeczywiście po

ulicach miasta krążyły dorożki, tańców towarzyskich uczył znany długo mistrz Wieczysty, przy ulicy Kominiarskiej była knajpa

itp.. Był to jednak Kraków reliktów przeszłości, świadomie i starannie dobranych przez Gałczyńskiego. W tej scenerii mogła

rozwinąć skrzydła marzycielska fantazja. I to ona święci tryumfy w poemacie. I tylko ona jest remedium na nędzę istnienia. Noc,

muzyka, alkohol — to jedyne prawdziwe muzy-przyjaciółki poety. Reszta, to czasami żenujące dziś sprawne wyrobnictwo na

zadane tematy.

 

 

Pieśni czyli testament poety

 

 

W ostatnich miesiącach życia poeta, oskarżony publicznie o “burżuazyjne nawyki”, odsunięty od toczącego się publicznego życia

literackiego, napisał cykl Pieśni (1953) stanowiących jego ostatnie w gruncie rzeczy przesłanie. Źle widziany przez komunistyczne

władze, niechętnie drukowany, pisał zapewne z myślą, że ten cykl nieprędko trafi do czytelników. Zapewne dlatego więcej w nim

szczerości niż w innych produkcjach socrealistycznych.

 

   Zaczyna się wszystko pochwałą żony

 

   A tyś lot i górność

 

   chmur, blask wody i kamienia.

 

Wiersze są pisywane w umiłowanym przez poetę ustroniu, Leśniczówce Pranie. Tam można zatrzymać się myślą nad bogatą w

piękne wydarzenia historią ich miłości i małżeństwa. Oprócz wydarzeń historycznych szczególnie mile są wspominane tworzenie

wierszy, słuchanie muzyki, czytanie książek. To wszystko chciałby poeta “ocalić od zapomnienia”.

 

Po wielu latach, kiedy poezja była dla Gałczyńskiego wyzwalającą wyobraźnię fantazją, kiedy miała radować "masowego

odbiorcę” żartem i kpiną, kiedy była azylem w przemienionych poezją światach, jak w Zaczarowanej dorożce, pojawia się skromna

i dramatyczna funkcja “ocalania od zapomnienia”. Nie wszystko się da ocalić i poeta starannie wybiera to, co jego zdaniem

powinno być dzięki niemu ocalone. Dziwne to jednak wybory. O ile szczerze możemy być wzruszeni pamięcią wierną wpólnie z

żoną przeżytym latom, to ze zdziwieniem patrzymy, jak od Pieśni IV pojawiają się liczmany komunistycznej propagandy:

 

   Jesteśmy cząstką w zespole,

 

   z niego płynie nasza siła

 

   (IV)

 

   w trudzie tworząc piękno, piękno,

 

   które znów służy ludowi

 

   (VI)

 

W końcu adresatem pieśni okazują jacyś “obywatele socjalistycznej ojczyzny we wspólnym trudzie tworzący lepsze jutro”. I to do

tego upiora komunistycznej propagandy zwraca się poeta, jako do ludzi lepszych od siebie, których trzeba prosić o wybaczenie

słabości poety?

 

   Wybaczcie mi, ludzie, jeśli

 

   w tych pieśniach dałem tak mało,

 

   że nie takie niosę pieśni,

 

   jakie by nieść należało;

 

   że tu tyle tych piękności,

 

   ptaków, różnych pobrzękadeł,

 

   złocistości, srebrzystości,

 

   księżyców, Bachów i świateł.

 

Przedziwny to splot autentyzmu i sztampy, ogromnej wrażliwości i uległości wobec gustów tych, co płacą, fantazji i stereotypu,

odkrywczości i stylizacji. Poezja tego ulubieńca publiczności jest nieustannie niemal dwuznaczna, zachwycająca i budząca

niesmak, operująca łatwizną i czasem ostro dociekliwa. Nie zestarzała się tak, jak kultura masowa czasów Gałczyńskiego, ale

obciążona wszystkimi nonszalanckimi nonkonformizmami i cynicznym chyba stosunkiem do mecenasów, zawikłana w swoich

prawdach, oszustwach i samookłamywaniu, trwa, jako pierwsze naprawdę wybitne dzieło powstałe w czasach dominacji kultury

masowej.

 

żarówka led