Wyszukiwarka:
Artykuły > Utwory, dzieła >

Pamiątki Soplicy




Pamiątki Soplicy

 

• Rzewuski Henryk •

• 1839 •

 

Tak. Za dawnych czasów cierpliwością i statkiem można było sobie zawsze kawałek chleba zapewnić. Służba u pana

szlachcicowi żadnego despektu nie czyniła, bo i byle kogo do służby nie przyjmowano. Jaśnie Oświecony wojewoda wileński

Karol Radziwiłł szlachcicami podejrzanej konduity, tak jak neofitami, Niemcami i popowiczami się brzydził. Ale szlachcic z

dobrego rodu, choćby i ubogi, był mu bratem. Pewnie, zdarzało się mu po pijanemu dwór jaki najechać i podpalić – ale przecież

więcej zawsze wynadgrodził niźli szkód uczynił. Sam chleb jego jadłem – i niesuchy. Wiadomo, pan to był szlachcic bogaty, a

szlachcic to był pan ubogi. Nie tylko doświadczeniem, ale i przeżyciem nawet nie można objąć większego zaszczytu jako było

szlachectwo polskie. Było – póki szlachectwo za orężne zasługi, ex charta belli, dawano, a nie żydkom co na wiarę prawdziwą

przeszli, albo jakimś indywiduom przez tego schizmatyckiego pachołka, Poniatowskiego, do godności szlacheckiej podniesionym.

 

 

Nasi przodkowie lepiej tworzyli niż zagraniczni potrafili wymyśleć

 

 

Powiadają, że za Sasów ojczyzna upadła. Pewnie, były wtedy i złe rzeczy, był bezrząd, ale była swoboda. I za nimi był naród, a

za Ciołkiem, co Piastem się mieni, obca potencja. Powiadają, że oświecenia nie było. A ja odpowiem, że lepszy był Alwar niż

Towarzystwo Ksiąg Elementarnych. Teraz ze szkół wychodzą jacyś obywatele świata, którym zarówno mieszkać w Rzymie czy w

Krymie. I to ma być wielki postęp, ażeby coraz więcej zacierać cechy szczególne narodowości. Ale, Bogu dzięki, nic z tego nie

będzie. Bo coż to: czy jak kto w sobie zniszczy narodowość własną, to wszędzie będzie narodowym? Takie to bajki, jak w owej

Zairze Woltera, co to niby dwór osmański opisuje. Małośmy z panem Azulewiczem – co z Tatarów polskich, ale zacny obywatel i

Portę znający – boków nie pozrywali na te brednie. Wnuk mój powiada, że to o ogólność chodzi, a nie o turecką historię. Tym

więcej mnie to dziwi. Jeśli koncept francuski, to cóż on zyskuje, że wychodzi z ust człeka ubranego w zawój i szarawary. Niech

strój i postać będą stosowne do myśli, jako za moich czasów, gdy obywatelstwo polskie w kontusz było obleczone. I

kontuszowcy z szablą Rzeczpospolitej służyli, przed ofiarą żadną się nie cofając, a wszystkie spiski na ojczyznę po francusku się

knowały.

 

Powiadają też obcy – a młodzież chętnie im dowierza – że obyczaje były barbarzyńskie. A to nieprawda zupełna. Obyczajność

większa była niż teraz. Nie zgrywano się w karty francuskie, którymi biskup Massalski rad się bawił, a i zamtuzów prawie nie

znano. Zabawy były niewinne, szczere, jak w one zapusty u pana sędziego Rewieńskiego, które i J. O. książę Radziwiłł nawiedzić

raczył. Kielichy ciągle chodziły, a zdrowie gości i gospodarza nieustannie spełniano. Kiedyśmy wołali ”Kochajmy się !”, to prawdę

samą wołaliśmy, a nie czcze słowa. Piliśmy z kijów szklanych, które opróżnić trzeba bez ust odejmowania, by się trunkiem nie

oblać, a i za karę dzbanka wody za kołnierz nie dostać. Piliśmy też z buta J. O. księcia wojewody. Gospodarza bez przytomności

wynieśli. Ale jak na miłą zabawę, tak i na pokutę jest czas stosowny. O samej północy, na zapust zakończenie, ksiądz gwardian

miał do nas egzortę, a tak mu gorzkie żale wtórowaliśmy, że aż się ściany trzęsły. Cztery godziny klęczeliśmy, aż do mszy, do

której sam gospodarz, do przytomności wróciwszy, służył.

 

Książę wojewoda też przepisów religijnych pilnie przestrzegał. W Wielki Piątek dyscypliną się chłostał, a modlił żarliwie. Kiedyś

sam Pan nasz mu się objawił i radził: „Wracaj na Litwę i kłaniaj się ode mnie szlachcie nowogródzkiej” – a było to w czasie, gdy J.

O. wojewoda był w opresji i na Rusi przebywać musiał. I upewniał Zbawiciel księcia wojewodę: „Niech mnie diabli porwą, jeśli nie

będziesz Radziwiłłem po dawnemu”. Francuzi księcia wojewodę jako nieoświeconego opisywali. A on poloru i rozumu miał dość.

Bieliznę po dwakroć dziennie zmieniał, co się cudzoziemcom w imaginacji nie mieściło. A lepszy też rozum z głowy niż z książki:

pierwszy umie rzeczy wielkie robić, a drugi umie je tylko dobrze opisać. Książę wojewoda wiele dobrych rzeczy zdziałał, i dla

obywatelów, i dla Rzeczpospolitej, o którą w dwóch konfederacjach zbrojnie stawał, znosząc trudy i wygnanie. Sam go widziałem i

boju, i w Preszowie na Węgrzech, gdzie się generalność naszej konfederacji barskiej mieściła.

 

Prawo i polityka też lepsze kiedyś były. Teraz prawa uczą z książek profesorowie. A nasi profesorowie byli: doświadczenie,

obcowanie z ludźmi, przypatrywanie się sądom, chodzenie koło spraw, historia naszych familiów, na koniec gospodarstwo.

Palestra była obywatelska, a każdy obywatel znał się na prawie i dochodzić swego umiał, choćby przeciw panu wielkiemu. Nawet

pan wielki i raptus, starosta kaniowski Potocki, ile batogów sypnął był jedną ręką, tyle potem tysięcy drugą na zagojenie ran

dawał. Prawda to, że na sejmikach hulanek było co niemiara, jak wtedy w Nowogródku, gdyśmy księcia wojewodę na wielką

beczkę wina wsadzili i wozem po ulicach wozili. Ale też ile ugód wtedy zawierano między najzapieklejszymi nawet wrogami.

 

Tośmy też rozumieli, by się wiary naszej trzymać. Już król Zygmunt III poznał, że w stosunkach z Moskwą nasza narodowość

jedynie na religii katolickiej się opiera. Pan Wołodkowicz, towarzysz ulubiony księcia wojewody, też to rozumiał: trzech popów w

Słucczyźnie do unii nawrócił – a czwarty, uparty, pod batogami skonał. Mówią, że przez unię kozactwo się od Rzeczpospolitej

odwróciło. Ale ja widzę co innego – że choć ojczyzna upadła, to do dziś aż po Dniepr żyje w tamtejszym wolności umiłowaniu,

przez Moskwę nie wyplenionym. I to jest unii spadek.

 

 

Pamiątki i historia

 

 

Pamiątki to świat miniony, ale i wieczny jako wzorzec. Świat jasnych zasad, których nie mogły podważyć nawet największe od

nich odstępstwa. Historia to ów świat postawiony na głowie. Wielcy panowie tułają się po lasach i karpackich górach, nie chcąc

Poniatowskiego, króla niby swojego, ale wprowadzonego dzięki moskiewskim bagnetom, wysłanym przez ulubienicę Woltera,

„Semiramidę Północy” Katarzynę II, uosabiającą silną władzę mającą być wyrazem oświecenia. Doprawdy, piękne to oświecenie.

Powszechne znikczemnienie, przekupstwo. Moralna busola kręciła się wówczas we wszystkie strony, czego przykładem są też

dzieje idealizowanej przez Soplicę konfederacji barskiej i jej głównych aktorów. Pamiątki Soplicy traktuje się często jako pastisz,

ale i świadectwo ciasnoty szlacheckiego światopoglądu. Pomija się te krytyczne uwagi, które autor włożył w usta narratora, a

które świadczą o nadzwyczaj trzeźwej ocenie sytuacji politycznej, narodowościowej i gospodarczej upadającej Rzeczpospolitej.

Istotnie, trudno z tych uwag wyczytać miłość do nowej, oświeconej (czytaj: totalitarnej) „europejskości” w wydaniu

niemiecko–rosyjskiej despotki. Ale czy nowe zawsze musi znaczyć lepsze? Zresztą to nowe rychło samo staje się „starym”,

kolejnym paradygmatem, po którym pozostają kolejne Pamiątki.

 

 

Henryk Rzewuski i jego Soplica

 

 

Dwadzieścia pięć gawęd, które składają się na Pamiątki i których wybrane wątki pozwoliłem sobie sobie na wstępie skompilować,

ukazały się drukiem w latach 1839–45. Ale już w 1830 Henryk Rzewuski opowiadał je ponoć w Rzymie Mickiewiczowi. I to za jego

namową miał je spisać. Piękne auspicje – tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę, że poprzedzają one pracę Mickiewicza nad

Panem Tadeuszem (1832–34). Później Rzewuski, który z czasem stał się wobec caratu równie lojalny jak Soplica wobec księcia

Radziwiłła, dystansował się nieco od Pamiątek, choć postać Soplicy powróciła jeszcze w zbiorze Nie–bajki (1851). Tematycznie

dzielą się Pamiątki na dwie zasadnicze grupy: dotyczące życia codziennego ginącej – czy raczej, wedle wiary Soplicy,

„omdlewającej”– Rzeczpospolitej oraz konfederacji nieświeskiej i barskiej. W grupie pierwszej dominującą postacią jest książę

Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, a w drugiej Kazimierz Pułaski i ksiądz Marek, kapelan konfederatów.

 

Jako świadectwo epoki i arcydzieło gawędy szlacheckiej mają Pamiątki pozycję wyjątkową i niekwestionowaną. Natomiast ich

przesłanie ideowe cechuje iście romantyczna ambiwalencja. Oczywiście Soplica nie cofa się przed ocenami i generalnie wiemy,

jakiego świata jest apologetą. Ale jego uwagi o gnębieniu mniejszości narodowych, akcenty antyjezuickie, dostrzeganie

niezdatności Polaków do handlu, tragiczny w gruncie rzeczy obraz konfederacji barskiej, wreszcie dziwaczną – w kontekście

całości – gawędę o królu Stanisławie Poniatowskim czy pochwałę Konstytucji 3 Maja można zrozumieć dwojako: albo jako wyraz

niekonsekwencji wynikającej z ograniczenia umysłowego owych "Sopliców”, albo odwrotnie – jako wyraz obiektywizmu i niechęci

do do oświeceniowego dogmatyzmu, który do podobnej otwartości, paradoksalnie, nie był zdolny. Stawiam na ten drugi trop.

 

 

„Jedna z książek najnieuchronniej polskich” (Maria Żmigrodzka).