Wyszukiwarka:
Artykuły > Utwory, dzieła >

Opis obyczajów za panowania Augusta III




Opis obyczajów za panowania Augusta III

 

• Kitowicz Jędrzej •

• 1840 •

 

Już się wydawało, że z końcem XVII wieku zakończy się też dla Rzeczpospolitej epoka nieustannych prawie wojen, które

wyniszczyły ją zarówno materialnie jak i moralnie.W 1699 podpisano z Turcją pokój karłowicki, kończący wreszcie długoletnie

zmagania z Portą Otomańską i przywracający Polsce Kamieniec Podolski. Jeszcze Europa pamiętała o wiedeńskiej wiktorii, a i

sytuacja gospodarcza kraju wyraźnie się za Jana III poprawiła. Jednak rok następny przekreślił te nadzieje. Nowy król Polski i

władca Saksonii August II Mocny namówił młodego jeszcze cara Rosji Piotra I do wspólnego uderzenia na Szwecję. W awanturze

tej chodziło Augustowi o Inflanty, z których chciał zrobić dziedziczną własność domu saskiego. I znów Rzeczpospolita stała się

"domem zajezdnym", pustoszonym przez obce wojska. Co gorsza, rosyjski sojusznik, który ostatecznie pobił Szwedów, wyszedł

z wojny jako faktyczny protektor Rzeczpospolitej. Już w 1704 poseł królewski Tomasz Działyński podpisał układ zezwalający na

wprowadzanie wojsk rosyjskich na terytorium Polski i Litwy. Był to początek końca polskiej suwerenności. Z wojny północnej

wychodziliśmy zatem jako państwo niesamodzielne, a ponadto straszliwie zniszczone, bardziej jeszcze niż przez "potop" z

poprzedniego stulecia. Ludność Poznania i Krakowa spadła do poziomu poniżej 10 tysięcy, a ogólne zaludnienie Rzeczpospolitej

zmalało o jedną czwartą i wynosiło ok. 8-9 milionów. Jak notował Benedykt Chmielowski: "w roku 1710 (...) konie zdechłe, psów,

kotów jedli ludzie, karczmarze gości na pożywienie zabijali". August II próbował jeszcze poniewczasie jakichś ruchów, by zrzucić

moskiewski protektorat, ale było już za poźno. W 1720 Piotr I zawarł z królem pruskim Fryderykiem Wilhelmem układ, na mocy

którego Rosja i Prusy miały gwarantować dotychczasowy ustrój Rzeczpospolitej, z liberum veto i wolną elekcją. Parę lat później

do porozumienia przyłączyły się Szwecja i Austria. Od tej pory Rzeczpospolita faktycznie "nierządem stała" - bo nie miała innego

wyjścia. Kraj był spustoszony i pozbawiony suwerenności. Ale mógł się wreszcie cieszyć trzydziestoleciem pokoju -

trzydziestoleciem rządów, a raczej bezrządów, Augusta III, zwanego Otyłym ( na tronie polskim 1733-63). Otwierała się epoka , w

której mieszkańcy bezwładnej Rzeczpospolitej mogli wreszcie zaczerpnąć oddechu, żyć w miarę spokojnie i po swojemu.

 

 

Wizerunek epoki wierny i różnobarwny

 

 

Swoją encyklopedię swojskości, jaką jest niewątpliwie Opis, ułożył Kitowicz wedle przemyślanego i ścisłego porządku, godnego

ucznia starej, dobrej zakonnej szkoły, w której forsowna nauka łaciny była pojmowana jako studiowanie "konstrukcyi do

wszelkiego języka zdatnej". A konstrukcyja Opisu jest taka: najpierw położony jest fundament: rozdział O wiarach - jako że "

religia, gruntem obyczajności będąc, pierwszeństwo między obyczajami trzymać powinna". Potem, idąc konsekwentnie od

ogólności do kwestii bardziej szczegółowych, przedstawia Kitowicz drogę obywatela Rzeczpospolitej - a więc szlachcica i

ewentualnie mieszczanina - od przyjścia na świat, którego sposób "ludziom jeden jest i będzie (...) z bestyjami pospolity", poprzez

edukację, do rozmaitych ról społecznych, jakie ów obywatel spełniać może. Następują więc rozdziały: O wychowaniu dzieci, O

stanie duchownym, O palestrze, O stanie żołnierskim, O stanie dworskim. Ten ostatni poświęcony jest życiu zarówno panów jak i

sług, żyjących w symbiozie. Ostatni, ledwie rozpoczęty rozdział Opisu poświęcony jest obyczajom, a ściślej strojom, chłopskim.

Widać, że autor miał zamiar pokazać także korzenie tego drzewa Rzeczpospolitej, które z gleby religii wyrastając, tworzyło

szlachecki pień, rozgałęziający się na różne stany.

 

Przyjrzyjmy się teraz nieco dokładniej owemu drzewu, do którego sąsiedzi jeszcze z toporami nie przystąpili, ale już czekali, aż

uschnie.

 

W obyczajach religijnych tamtej epoki uderza niezwykłe pomieszanie sfer sacrum i profanum. Z jednej strony rygorystyczne i

częste posty, biczowanie się w Wielkim Poście, codzienne uczestnictwo we mszy, a z drugiej pełne temperamentu i

niewyszukanego humoru jasełka, strzelanie podczas procesji, ożywiona działalność kieszonkowców wśród rozmodlonego tłumu.

Symptomatyczny jest obrazek pasji wielkopiątkowej, gdy przebrany za Pana Jezusa dźwigacz krzyża czując pragnienie

"zostawiwszy krzyż i łańcuch pod kościołem, biegł sam w cierniowej koronie do najbliższej szynkowni dla ochłodzenia pragnienia

piwem". A było to w czasach, gdy " bluźnierstwo karane bywało konfiskatą dóbr, jeżeli winowajca uszedł śmierci". Wniosek z

tego, że postępowanie spragnionego dźwigacza krzyża za bluźniercze nie uchodziło.

 

Religijność epoki saskiej wielokrotnie potępiano za powierzchowność, widząc w niej zresztą źródło specyficznego polskiego

katolicyzmu ludowego. Wydaje się jednak, że opisane przez Kitowicza przykłady świadczą o czymś innym: dla ludzi ówczesnych

sfera sacrum była tak oczywista i codziennie obecna, że siłą rzeczy współistniała z tym, co potoczne. Taktowano ją równie

naturalnie jak sprawy doczesne. Wynikało też z tego przeświadczenie, że kto inaczej wierzy, musi też inaczej, w sposób

nienaturalny, jeśli nie zboczony, żyć.

 

Już od chwili urodzin inaczej układały się losy dzieci chłopskich i szlacheckich czy mieszczańskich. Te pierwsze nie znały ani

specjalnego pożywienia, ani odrębnego ubrania, biegając nieraz boso i nago do dziesiątego roku życia albo donaszając jakieś

stare koszuliska. Za to nie chodziły do szkoły, która była w istocie również twardą szkołą życia. Dyscyplina panowała tu ostra i

bezwzględna dla wszystkich, co się zmieniło dopiero za sprawą pijarów, którzy synów bogatej elity zaczęli edukować wedle

nowych zasad, wprowadzając też do nauczania, już w drugiej połowie panowania Augusta II, idee Kopernika, Kartezjusza,

Newtona i Leibniza. Zresztą ich konkurenci, jezuici, po krótkim, choć gwałtownym oporze uczynili to samo. Ale póki co, w robocie

były sprawdzone instrumenty kary : placenta (do wymierzania "łap"), dyscyplina, a na "sporszych chłopczaków, więcej nad

siedem lat starszych, używano kańczuga". Niektórzy uczniowie mieli więc skórę dobrze wygarbowaną, ale ci, "którzy mieli tak

twarde ciało, byli też pospolicie równie tępych zmysłów: nieukowie, niechlujowie". W szkołach wykładano różne przedmioty, w

tym matematykę i języki nowożytne, ale "jedna łacina, a raczej konstrukcyja do wszelkiego języka zdatna, była celem natężenia

pracy nauczycielów". Do nauki zachęcano nie tylko kańczugiem: umiejętnie podsycano też rywalizację indywidualną i grupową,

poniżano i wywyższano. W rzeczy samej: była to szkoła życia. Ciekawe, że uczniowie mogli między sobą porozumiewać się

wyłącznie po łacinie, a za rozmowy po polsku groziła kara. Nic więc dziwnego, że zwroty łacińskie były zupełnie naturalnym

elementem szlacheckiej elokwencji, a porządek łacińskiej składni trwale kształtował sposób myślenia obywateli Rzeczpospolitej.

Swoje uwagi o edukacji kończy Kitowicz słowami "Teraz mi należy młódź szkolną wyprowadzić spod rózgi i ukazać ją w różnych

stanach, do których się taż młodzież używała".

 

Najpierw opowiada o duchownych. Samemu nosząc , co prawda późno wdzianą, suknię duchowną, powściąga swój krytycyzm

wobec zmian, jakie za Augusta III dotknęły zwłaszcza wyższe duchowieństwo. "Mówią pospolicie, że suknia nie ma nic do

obyczajów. Oj, ma ! i bardzo wiele. Skoro duchowni zaczęli nosić niemiecką suknię, zaczęli powoli dyspensować się od pacierzy,

od postów i od służby ołtarza..." Zaiste piękny przykład dawali ci nowomodni książęta Kościoła, skoro, jak zauważa, " zwyczaj

mięsnych stołów dawania w postne dni pierwszy wprowadził Kajetan Sołtyk, biskup krakowski". A więc: jakie życie codzienne,

taka i wiara; bez polskiego obyczaju i stroju nie masz i wiary prawdziwej.

 

Rozdział O palestrze daje nam obraz ówczesnego wymiaru sprawiedliwości - i jest to obraz przygnębiający. Obce mocarstwa nie

narzucały nam bowiem stanu, w którym " sprawiedliwość trojakie miała pobudki (...): jedna była podług prawa i sumnienia, kiedy

sprawa toczyła się między osobami z siebie słabymi i żadnego wsparcia od panów nie mającymi. Druga była kupna i przedajna: tą

handlowali deputaci z pacyjentami bogatymi i wziętymi (...) wszelkich sztuk na zepsucie sumnienia sędziowskiego (...) zażyć

umiejącymi (...). Trzecia sprawiedliwość wypływała od panów trząsających trybunałami".

 

Wobec plebsu stosowano tortury, których przejmująco rzeczowy opis Kitowicz podaje, zaznaczając, że " tortur nie atendował

(stosował) nigdy żaden sąd szlachecki". Ale takie to były czasy i próżno było szukać innej sprawiedliwości w ówczesnej Europie.

U nas przynajmniej nie wieszano skazańców za żebro na haku, a za nieudolną egzekucję kaci "bierali po sto batogów".

 

W odróżnieniu od palestry, stan żołnierski zależał ściśle od woli mocarstw ościennych, zwłaszcza Rosji, której dogadzała w

Rzeczpospolitej armia ledwie osiemnastotysięczna, pełniąca raczej dekoracyjne funkcje, zdolna najwyżej do wypraw przeciw

ukraińskim hajdamakom, potrafiącym zresztą armii koronnej dobrze przetrzepać skórę. "Żaden monarcha na świecie nie miał nic

tak okazałego jak chorągiew polska usarska" - pisze Kitowicz, dodając jednak, że husarię nazywano żołnierzami pogrzebowymi,

bo występowała głównie na pańskich pogrzebach, asystując też przy koronacjach obrazów cudownych. W tej epoce pokoju

chorągwie husarskie i pancerne były raczej klubami towarzyskimi niż jednostkami wojskowymi, a jedynych "wojennych" czynów

dokonywali deputaci chorągwi, ściągający podatki na wojsko. Ci na matactwach i łapówkach potrafili zarobić trzy-cztery tysiące

złotych ( bardzo dobry wierzchowiec kosztował ok. dwóch tysięcy). Wojska "autoramentu cudzoziemskiego", czyli umundurowane

na sposób zachodni i z komendą niemiecką, były słabo wyszkolone i opłacane, a strzelały marnie, bo do ćwiczeń brakowało

prochu. Z drugiej jednak strony istniały w Rzeczpospolitej wojska prywatne, utrzymywane przez magnatów, liczące według

Kitowicza aż 30 000 ludzi. Jeden Hieronim Radziwiłł dysponował dwunastotysięczną armią, lepiej niż wojsko królewskie

wyposażoną i wyszkoloną. Z tej racji nie płacił podatków, twierdząc, że ma "wojsko porządniejsze niż Rzeczpospolita i nim gotów

służyć ojczyźnie w potrzebie". Uwzględniając różnicę w liczbie ludności, w Rzeczpospolitej było więc za Augusta III

proporcjonalnie tyle samo wojska co dziś. Nie byliśmy więc aż tak bezbronni, jak się to dzisiaj potocznie przyjmuje. Brak było

tylko politycznego kierownictwa, o co dbali sąsiedzi poprzez swoich ludzi, wśród których niepoślednią rolę odegrała tak chwalona

przez wielu historyków "Familia" Czartoryskich, notorycznie zrywająca sejmy, w tym i takie, na których próbowano zwiększyć

armię.

 

Najliczniejszy ze stanów opisywanych przez Kitowicza był stan dworski - obejmujący panów i ludzi im służących - bo "nie było

szlachcica o jednej wiosce, żeby nie miał chować jakiego dworskiego", a na dworach pańskich były ich rzesze. Wszyscy ci

"dworscy" czy "dworzanie" należeli do szlachty. Dzięki metodzie opisu stosowanej przez Kitowicza, który każde uogólnienie

uzupełnia szczegółami pozwalającymi uchwycić rzeczywistość dnia codziennego, wiemy, jaka była finansowa kondycja tej grupy,

a co za tym idzie, stopień uzależnienia od pana. Dworzanin bez przydzielonej funkcji, służący u wielkiego pana, otrzymywał,

prócz darmowego wyżywienia i kwatery, 400 złotych rocznie. A musiał mieć : "trzy konie, rząd suty z kulbaką , kilka lub

kilkanaście par sukien, szablę oprawną (...) i zawsze prezentować się strojno i modno, do tego mieć na strawnem pacholika albo

masztalerza". A cóż to było 400 złotych, gdy kieliszek wódki kosztował 3 grosze ( 1zł = 30 groszy), tani pas do kontusza ok. 200

złotych, a butelka wina węgierskiego w sali redutowej 18 złotych. Toż dobry kucharz pod koniec panowania Augusta III dostawał

ponad 1500 złotych rocznie, a cudzoziemski nawet 2500 złotych. Widać więc wyraźnie, że służba na dworze była interesem tylko

wtedy, gdy dzięki pańskiej łaskawej protekcji dostawało się jakiś urząd. Trzeba się więc było mocno trzymać magnackiej klamki.

W przeciwnym razie marnowało się tylko czas, na ogół na nieróbstwie i przyjemnościach stołu oraz kielicha.

 

Biesiadne fragmenty Opisu są tak barwne i smakowite, że nie sposób ich streszczać. Jedno warto tu zauważyć: w połowie

panowania Augusta III następuje przełom w dziedzinie kuchni i obyczajów biesiadnych. Zastawa i dania gwałtownie podnoszą swój

standard. Podobne zjawisko następuje w sferze budownictwa - ileż pięknych zabytków zawdzięczamy tej epoce - ubioru,

pojazdów, a także, o czym już wspominaliśmy, edukacji. Kitowicz nie nazywa tego przełomem, ale z cząstkowych obserwacji

pomieszczonych w Opisie wyłania się wyraźny obraz: upadek kultury szlacheckiej, o którym rozpisują się z lubością podręczniki,

trwał raptem 20-25 lat po wojnie północnej i nie wynikał z sarmackiego obskurantyzmu, ale z niesłychanych spustoszeń

wojennych.

 

Zasług nie położył tu sam monarcha - rzadko zresztą w Polsce bywający - ani jego sascy urzędnicy. Po prostu: w epoce

nazywanej przez niektórych "saską nocą" czy "saskimi zapustami" dokonało się coś, co pozwoliło polskiej kulturze szlacheckiej

wzmocnić się i wykrystalizować na tyle, że z jednej strony mogła przetrwać niedalekie zabory, a z drugiej strony otworzyć się na

nowe prądy. Edukacyjne innowacje Stanisława Konarskiego (i polskich pijarów w ogóle) nie przyjęłyby się, gdyby nie było na nie

zapotrzebowania. "Gębę" obskurantyzmu i nietolerancji dorobili nam w znacznej mierze ościenni despoci, wspierani propagandowo

przez oświeceniowych filozofów. A motywację tych ostatnich oświetla anegdota przytoczona przez Chamforta. Otóż pewien lekarz

francuski, powróciwszy z Rosji, tak chwalonej przez Woltera, czynił filozofowi wymówki, że fałszywie wysławiał imperium

Katarzyny II. Na co Wolter odpowiedział z rozbrajającą szczerością: " Drogi panie, przysłali mi w prezencie takie dobre futra, a ja

jestem wielki zmarzluch".

 

W sprawach polityki nic się jednak na dobre nie zmieniało - bo nie mogło. Za Augusta III zerwano wszystkie sejmy. Na sejmikach

pojono szlachtę winem zmieszanym z wódką, by szybciej szło do głowy. Ale i tam zrywający sejmik musiał mieć mocnego

protektora, by go na miejscu nie rozsieczono szablami. Zrywanie sejmu było bezpieczniejsze. " Dom Czartoryskich, zakrawający

z daleka na detronizację Augusta (...) zrywał sejmy przez subordynowane osoby, zwalając winę na króla, utyskując na jego

nieszczęsne panowanie, że nie masz w kraju żadnego rządu, że król (...) nie chce dopuścić, aby przez sejm stała się poprawa

nieładu i niemocy krajowej". Nic też dziwnego, że posiedzenia sejmowe były tylko atrakcją dla gawiedzi, która jabłkami i

gruszkami ciskała w głowy perorujących posłów.

 

O ciemnych stronach czasów saskich pisze Kitowicz bez ogródek. Pochodząc zapewne z mieszczaństwa, mógł mieć niejeden

uraz do szlacheckiej Rzeczpospolitej. A jednak, ten sceptyk, starannie ważący przymioty i wady sarmackiej tradycji, stanął w jej

obronie z szablą w ręku, walcząc w szeregach konfederatów barskich przeciw wojskom rosyjskim, sprowadzonym przez

"oświeconą " familię Czartoryskich.

 

 

Opis i lustro

 

 

We wstępie do Opisu Kitowicz przyrównuje swe dzieło do lustra: " Niechże potomność, dla której to piszę, przegląda się w

dawniejszych i nowszych obyczajach, z dobrych niech wzór bierze, złych niechaj się wystrzega". Obraz kultury jako

lustro...Koncepcja w tamtym czasie nader modna. Jean-Jacques Rousseau pozwalał się przejrzeć ówczesnemu Europejczykowi w

lustrze "dobrego dzikusa", Monteskiusz - w lustrze "perskim". W modzie było też lustro "chińskie". A Kitowicz zostawił nam lustro

sarmackie, o tyle oryginalne, że powstałe z wiernego opisu, a nie fantazji słabo w rzeczywistości zakorzenionej. I jak w tym

lustrze wyglądamy ? Zdaje się, że to nie lustro, a fotografia w strojach z epoki. Gdzie spojrzeć, tam podobieństwo z czasami

saskimi. W dobrym i złym. Pominę już zwyczaje biesiadne, pominę zwyczaje świąteczne, wciąż kultywowane. Ale nasz

katolicyzm, nasze lekceważenie wojska, gdy sąsiedniemu mocarstwu poddane, słabość naszej klasy politycznej, wygórowane

ambicje posłów, pogardzanych przez społeczeństwo - jakie to znajome. Ale i nasza odporność na przeciwieństwa losu, zdolność

do szybkiego podnoszenia się z upadku, niechęć do despotyzmu, czasem zbawienny, a czasem przeklęty egalitaryzm - to także

dziedzictwo czasów saskich. Czy nam się to podoba, czy nie - wszyscyśmy stamtąd.