Wyszukiwarka:
Artykuły > Utwory, dzieła >

Obłęd




Obłęd

 

• Krzysztoń Jerzy •

• 1979 •

 

Obłęd Jerzego Krzysztonia łączy dwie sprawy: literackie studium choroby psychicznej z uwspółcześnioną wersją mitu

Odyseusza, powracającego przez dziesięć lat spod Troi do rodzinnej Itaki. Motyw tułaczki, wędrówki w poszukiwaniu domu,

tęsknoty za ukojeniem po trudach i niebezpieczeństwach życia – to motyw uniwersalny. Nadaje się do przedstawienia w każdej

bez mała sytuacji. Taką właśnie – tułaczą – wędrówkę po drogach i bezdrożach współczesności staje się choroba Krzysztofa J.

Odnoszący zawodowe sukcesy reporter radiowy o artystycznej duszy, cieszący się z udanego życia rodzinnego,

czterdziestoletni, przystojny i wykształcony mężczyzna popada niespodziewanie w obłęd. Jego symptomy, łagodne zrazu,

przybierają na sile i trzeba nieszczęśnika umieścić w zakładzie zamkniętym. Krzysztof J. pragnie zbawić świat, uchronić go od

zagłady. Wszędzie dostrzega działalność tajnych służb – prześladowników, jak ich określa. Miewa zaniki świadomości, psuje się

pamięć, stan się pogarsza, pacjent nie chce już żyć. I od tego momentu zaczynają się właściwie dzieje Krzysztofa J., czyli

Krzysztofa-Odysa.

 

Relacjonowana przez Krzysztofa historia jego wzlotów i upadków (pierwszoosobowa narracja potęguje dramatyzm sytuacji)

stanowi rozbudowaną przypowieść o niedolach współczesnego inteligenta o artystycznych predyspozycjach, nadwrażliwca, nie

wytrzymującego natłoku wrażeń, ulegającego przemożnej presji codzienności. Sugestywność, z jaką przedstawiona została

przemiana Krzysztofa w Tajnego Agenta Dobrej Woli, przedstawiciela Międzynarodówki Mózgów, współpartnera Dostojnego

Rozmówcy wreszcie, powoduje, iż trudno wyznaczyć tu jakiekolwiek punkty kulminacyjne. Napięcie nie opuszcza czytelnika do

ostatniego zdania powieści. Nagromadzenie emocji jest tak wielkie, że odbiera się Obłęd nie jako opis choroby, lecz jako gorzką

skargę, jako bolesną i oczyszczającą spowiedź.

 

Bohater powieści Jerzego Krzysztonia pobłądził w swej wędrówce przez życie. Zboczył z ogólnie uczęszczanego traktu. Znalazł

się w gronie outsiderów, wymagających delikatnego obchodzenia się ze zbolałą psyche. Obserwacja tego grona wywołuje u

czytelnika i taką – wśród wielu innych – refleksję: co w naszym życiu zasługuje na miano patologii i kto jest w stanie o tym orzec?

Odpowiedzi nie znajdziemy w życiowych przypadkach Krzysztofa J., należy jej bowiem szukać we własnych z losem

zmaganiach. Narrator zachęca do tego słowami Leopolda Staffa: „Albowiem spełni się, co przyobiecał poeta: Zostanie kamień z

napisem, Tu leży taki a taki, Każdy z nas jest Odysem, Co wraca do swej Itaki”.

 

Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na stosunek do wydarzeń i postaci historycznych, groteskowy i śmieszny, lecz zarazem

głęboko przejmujący, odzwierciedlający zarówno dawną, jak i teraźniejszą bezradność jednostki wobec Historii, wobec

pogmatwanych narodowych dziejów, wobec odwiecznych zmagań człowieka z innym człowiekiem. Bo przecież dopiero obłęd

zbiorowy staje się prawdziwym kataklizmem.

 

 

„Trzeba męstwa, sprytu i wiary, wypróbowanych cech Odysa, wtedy się wróci, choćby to było bardzo trudno, bardzo

niebezpiecznie i bardzo daleko. Ostatecznie chciałem być żeglarzem. Wpadłem tak, że gorzej nie można. I muszę dokonać tej

sztuki – wymknąć się stąd, skąd na ogół się nie wychodzi. Nie ja brałem kurs na tę przystań. Być może znalazłem się tu za

przyczyną żywiołów, które poczęły się dawniej, niż ja na świat przyszedłem, żywiołów wojny i pokoju, krzywdy, nieszczęść,

śmierci i poniżenia. Nie zmierzyłem się z żywiołem morza. Wybrałem reporterkę, żywioł życia. I wszelkie ryzyko, które za tym się

kryje” (J. Krzysztoń).