Wyszukiwarka:
Artykuły > Utwory, dzieła >

Na wysokiej połoninie




Na wysokiej połoninie

 

• Vincenz Stanisław •

• 1936 •

 

Najpierw było tak: ludzie wraz z trzodami posuwali się grzbietami Czywczynów i Czarnohory. Wokół były lasy nieprzebyte,

należące do Boga i pierwszych śmiałków, którzy odważali się je karczować, przeganiając niedźwiedzie i wilki. Zwykłym stanem

pasterza była samotność - a "żaden rys nieznany, żadne spojrzenie nie uchodzi uwadze samotnika". Z uważnego spojrzenia

bierze się odkrywanie naturalnego ładu, w tym i miejsca człowieka w porządku świata: "wszędzie samotność styka się z

najszerszą wspólnotą, to z ciekawości, to z poczucia pokrewieństw (...)Ludzie, co są odważnie samotni, i przez to wytrwale

społeczni, znają swe źródła". Zasadą obcowania z ludźmi i przyrodą jest dla pasterza sąsiedztwo. Połoniny są wielkie, miejsca

wystarczy dla każdego, a dobrowolna pomoc bardziej się liczy niż wymuszona służba. Tak samo z lasem: po cóż się kłócić o

puszczę, z której drewna i tak nikt nie wywiezie. Ten błogosławiony starowiek brzmi do dziś w głosie pasterskiej trembity: "Kto

dotknął trembity, ten oczyszczony, nie chce zagarnąć świata, ni mieć go dla siebie". Oczyszcza też watra, nieustannie gorejąca

w pasterskim szałasie, a niecona pradawnym sposobem, bez żelaznego krzesiwa. Pewnie, że można by ją rozpalić szybciej, ale

co ma trwać długo, powstaje też powoli. I na co pośpiech? Mówi główne prawo starowieku: "Stój człowiecze, świata nie

przebędziesz".

 

 

Gazdowie

 

 

Najpierwszy pasterz jest też najpierwszym gazdą. "Krople potu Zbawiciela wsiąkają w ziemię (...) A gdzie padną - powstają

caryny, wyrastają gospodarstwa". Człowiek, wciąż stąpając po śladach Bożych, naśladuje Jego prace. Wypala polany ( carynki -

od rumuńskiego ţară , "ziemia, kraj"), stawia trwałe siedziby. "Na podwalinach stawia się naprzód odrzwia, bo chata nie ma być

pudłem. Wejść i wyjść - oto skrót losu człowieczego(...) Ciągle jednać, spajać ciągle to wytyczna". Trudząc się przy budowie,

człowiek spaja swój wysiłek z wysiłkiem Najwyższego Gazdy.

 

 

Czas górski

 

 

Czas pasterza płynie powoli. Czas gazdowski odmierzany jest rytmem pór roku i raz po raz natyka się na refleksy czasu Bożego,

bo "Jezus (...) ciągle tędy się kręci". Człowiek samotny nieustannie odczuwa Jego obecność, stąd żyje w czasie elastycznym,

biegnącym zgodnie z sensem rzeczy, a nie wedle równomiernego tykania zegarka. Ów czas górski przybliża co przedwczorajsze,

a oddala co dzisiejsze. Ale i czas pasterza, tak jak i gazdy, biegnie przecież nieubłaganie: "tylko biesowe dzieje powracają, bo

bies niezniszczalny jest". Dziejów człowieczych odwrócić się nie da. Do tego co było, powrotu nie ma.

 

 

Słoboda

 

 

Prawem starowieku była słoboda. Było to prawo: "z umowy otwartej, ze ślubu słobodnego zrodzone (...) nie na cesarskim

papierze, tylko na sercu wypisane". Czy ta "umowa społeczna" rzeczywiście niegdyś funkcjonowała? Czy faktycznie w epoce

pasterzy-pionierów, osiedlających się przed wiekami we Wschodnich Karpatach, stosunkami międzyludzkimi rządziła "słobodna

przyjaźń (...) która niczego nie wymaga, do niczego nie zmusza"? Może tak, może nie. Nie ulega tylko wątpliwości, że ta

pierwotna swoboda należy do naczelnych mitów karpackich górali; jest mitem piękniejącym w miarę oddalania się od

rzeczywistości codziennego bytowania.

 

 

Opryszkowie

 

 

Historia jest bezlitosną niszczycielką mitu. Do izolowanego świata górskiego wkraczają nowe prawa, już nie ze ślubu słobodnego

zrodzone, a po prostu narzucone z zewnątrz. Już nie o sąsiedztwo, a o zawładnięcie górami chodzi. Pojawiają się prawa nowe -

pańskie, królewskie, cesarskie. Do walki z nimi, w obronie dawnej słobody, stają legendarni opryszkowie wschodniokarpaccy:

Hołowacz, Dobosz, Dmytro Wasyluk. Ten pierwszy miał jeszcze dość sił, by biesa zabić. Drugi odrzucił koronę królewską, nie

chcąc się wyrzec własnego wizerunku opryszka - przyjaciela biednych. Dmytro Wasyluk próbuje pobratymstwa z cesarzem

Józefem: zaślepiony fantastyczną wizją powrotu do starowiecznej słobody, nie widzi cynicznej gry cesarskiej. Ale wreszcie

dostrzega i on - ostatni prawdziwy opryszek - że powrót do źródeł mitu jest niemożliwy, że czas opryszków minął, bo " każdy

rodzaj musi mieć jakieś miejsce w świecie. Dograny musi być do świata jak struny w cymbałach". A świat ludzki - ani boski, ani

diabelski - zmienia się i nie zaradzi temu największy nawet bohater.

 

 

Na wysokiej połoninie

 

 

Na ten niezwykły cykl składają się cztery obszerne tomy: Prawda starowieku, Zwada, Listy z nieba i Barwinkowy wianek. Wątki

tomu pierwszego zarysowaliśmy powyżej, nie wspominając jednak o fabule cyklu, w Prawdzie starowieku ledwie zresztą

zaznaczonej. Otóż rozpoczyna się ona jesienią 1887, w czasie jesiennego rozłączania stad, wypasanych na czarnohorskich

połoninach. Wówczas to Foka Szumejowy, godny gazda z Jasieniowa na Huculszczyźnie, sprasza gości na wesele najstarszej

córki dziedzica z pobliskiej Krzyworówni. Zaraz potem fabuła rozpływa się w dygresjach, "obrazach, dumach i gawędach z

wierchowiny huculskiej". Po Prawdzie starowieku następują dwa tomy poświęcone "nowym czasom" : Zwada, mająca formę

powieści, mówi o spółce zawiązanej przez Fokę w celu wyrębu lasu ( butyn) oraz spławiania drewna aż do Morza Czarnego. Na

uwagę zasługuje tu wątek zachłanności drwali, ukaranych śmiercią w lawinie, która runęła po ogołoconym z drzew stoku. Listy z

nieba dają panoramę lokalnych typów, zgromadzonych na chrzcinach córki Foki. Cykl kończy Barwinkowy wianek, opowiadający o

weselu w Krzyworówni, na które Foka spraszał w tomie pierwszym. Na uroczystości gromadzą się przedstawiciele wszystkich

nacji zamieszkujących Huculszczyznę. Ich losy i opowieści układają się, jak pisze Vincenz, w "pewien ciąg: zmaganie się dobra i

zła na ziemi, a następnie wizja jakby już pozaziemska: zwycięstwo miłości nad piekłem (...) miłosierdzia i pokory nad Szatanem

(...) zwycięstwo Dobra i Nadziei..."

 

 

Mała ojczyzna czyli dialog

 

 

Vincenz drogę do uniwersalności w kulturze upatrywał w tym, co lokalne, indywidualne. W rzeczy samej - tradycja niewielkiego

regionu zawsze niemal okazuje się tradycją złożoną, wielokulturową. Huculszczyzna ma pod tym względem wartość szczególną.

Już od zarania romańsko-słowiańska ( bo przecież kultura rusińskich Hucułów kształtowała się na podłożu wołoskiej kultury

pasterskiej), połączyła się rychło z elementami polskimi, ormiańskimi, żydowskimi, węgierskimi, cygańskimi, niemieckimi,

tureckimi. Tak jak dawna kultura starowieku była kulturą sąsiedztwa, tak czasy nowsze przyniosły kulturę dialogu - nieraz

narzuconego i trudnego, ale ciągłego. Stąd też dialogowa struktura kolejnych tomów cyklu. Inaczej tej jedynej w swoim rodzaju

kulturowej całości, jaką była Huculszczyzna do II wojny światowej, opisać się nie dało.

 

 

Połonina dzisiaj

 

 

Dzieło Vincenza zachowało swą wartość z kilku względów. Raz jako rozprawa z dziedziny teorii kultury, dwa - jako bezcenne

źródło etnograficzne, po trzecie - jako wybitne dzieło literackie. Na szczególną uwagę zasługuje tu język, lokalny, sugestywny, a

przecież zrozumiały dla polskiego czytelnika. Jest to też niezmiernie cenne świadectwo epoki dialogu kultur w tym regionie

Europy. Dziś, po półwieczu władzy radzieckiej, mało zostało po tym śladów. Po epokach sąsiedztwa i dialogu przyszła epoka,

jakby powiedział Vincenz,"znijaczenia". Niewiele też zostało starych, wspaniałych huculskich chat obronnych, zwanych grażdami.

Dużo z nich zniszczono podczas I wojny światowej, a więcej jeszcze podczas zaciętych walk, jakie UPA toczyła z armią

radziecką po II wojnie. A jednak Huculszczyzna żyje: przetrwały jakimś cudem stroje, zachowała się sztuka zdobnicza, a nade

wszystko to, czego wielkim pomnikiem jest działo Vinceza - huculska sztuka opowieści.

 

Dobre szkolenia ze sprzedaży