Wyszukiwarka:
Artykuły > Utwory, dzieła >

Konopielka




Konopielka

 

• Redliński Edward •

• 1973 •

 

Wieś Taplary, zagubiona pośród bagien i rozlewisk Narwi, gdzie ziemia i woda mieszają się ze sobą jak w pierwszym dniu

stworzenia. Jesień, pora przedporanna, szarówka z jasności i ciemności jeszcze nie rozdzielonych. Kaziuk, jak i trzydziestu

dziewięciu innych taplarskich gospodarzy przeciąga się, ziewa, w uchu wierci smakując tę chwilę narodzin dnia. Oczy ma jeszcze

zamknięte. Dopiero przeżegnawszy się, ”na słowie Amen oczy odpluszcza”. W ciemności bieleje pierzyna. Obok żona, w nogach

łóżka – dzieci, na przypiecku ojciec. Kaziuk wstaje, wychodzi na dwór. Przez wioskę niesie się jeden wielki szum – coś jakby

deszcz czy wiatr. Ale nie – to czterdziestu taplarskich chłopów „boso, w gaciach i koszulach szczy szparko, stromo”. Teraz czas

na obudzenie żony. „Dzień się sam zaczyna, wszystko idzie jak trzeba, jak wczoraj, jak kiedyś, jak było na początku, teraz i

zawsze i na wieki wieków amen”.

 

 

Znaki...

 

 

Upadek imperiów Azteków i Inków poprzedzały zadziwiające zjawiska przyrodnicze – znaki nadchodzącego końca świata. Tak jak

kiedyś Montezumie w Tenochtitlanie czy Huayna Capacowi w Cusco, tak teraz Kaziukowi z Taplar objawiają się znaki. Najpierw

cielak, który bardziej lgnie do klaczy niż do krowy–rodzicielki. Potem duch młócący w sąsiedztwie. Wreszcie dziad, przybyły nie

wiadomo jak i skąd, zapowiadający nadejście urzędników, którym „nie podoba się wioska, co po dawnemu żyje”.

 

 

Dramatu akt pierwszy

 

 

I rzeczwiście, przez bagna, amfibią, ni to łodzią ni wozem, docierają konkwistadorzy – urzędnicy zapowiadający, że świat taplarski

przemieni się na trzy sposoby: bagno będzie osuszone, do wsi doprowadzona będzie elektryczność, a we wsi – otwarta szkoła,

którą poprowadzi przybyła właśnie nauczycielka. Taplarscy chłopi nie chcą tego wszystkiego, nie chcą owego „świata”, na który

mają się otworzyć, nie potrzebują jego dobrodziejstw. Gdy spór osiąga apogeum, przerywa go nagle gwałtowna kanonada:

„czterdzieści bębnów odprawia muzykę na kartofli, kapuche, kisłe mleko, cybule”. Potężny wybuch gasi lampę. Koniec zebrania.

Ale taplarscy wiedzą, że katastrofy zapierdzieć się nie da.

 

 

Akt drugi

 

 

Roboty melioracyjne już rozpoczęto, we wsi pozostała nauczycielka. Na razie nie widać jeszcze zmian. Chociaż... Zaraz po

zebraniu umiera Kaziukowi paromiesięczna córeczka. Przeciąganie przez chomąto – środek przecież niezawodny – nie

poskutkowało. Dziad, uderzająco podobny do św. Piotra, próbuje wskrzesić dziecko, ale choć nad jego głową pojawiła się aureola,

dziewczynka pozostała martwa. Świat taplarski jest widać nadpsuty – nie działają w nim odwieczne praktyki i święte moce.

 

 

Adam

 

 

Nauczycielka wynajmuje pokój w Kaziukowej chałupie. Niby się nie narzuca, ale przecież przewraca ustalony porządek. Koniec z

odwiecznym rytuałem porannym. Próbuje nawet wprowadzić miastowe potrawy i miastowe obyczaje – jedzenie z osobnych misek.

A przecież ludzie nie są bydłem, któremu trzeba szykować osobne koryta, by się od paszy nie odpychało. Wreszcie Kaziuk ma

dość tych eksperymentów; zabrania nawet synowi chodzić do szkoły. Ale ów gest nie zmieni faktu, że i Kaziuk już nie ten sam co

kiedyś. Na tamtym nieszczęsnym zebraniu wójt dziwił się złośliwie taplarskim chłopom, wierzącym ponoć święcie, że pod

rosochatym jałowcem leży zakopany koń ze złota. To czemu go nie wykopią? A może sami w to naprawdę nie wierzą?

Rzeczywiście – czemu? Mówią, że aby konia odkopać, trzeba znać zaklęcie. Mówią, że może czart skarbu pilnuje. Pochowawszy

dziecko Kaziuk jakby mimowolnie idzie ze szpadlem w miejsce, gdzie ma leżeć złoty koń. Już dotyka szpadlem ziemi... Nagle

przegnał go jakiś duch. Ale fakt, że korciło go, by sprawdzić, by się przekonać. Już wiara osłabła...

 

 

Ewa

 

 

Nauczycielka skromna jest niby i miła. I, w odróżnieniu od taplarskich bab, chuda. Chuda jak konopielka – wiedźma co pilnuje

konopi i warzyw, która ostrymi czubkami piersi potrafi człowieka delikatnie, delikatniuśko załaskotać na śmierć. Budzik tykający w

jej pokoju odmierzał nieubłaganie czas – czas spływania z bagien wody, czas katastrofy. Przynosiła owoce z drzewa poznania:

syn Kaziukowy zaczął ojca uczyć czytać; od niej taplarscy dowiedzieli się, że Ziemia jest okrągła jak głowa, a w końcu okazało

się – co Kaziuk podejrzał – że i z chłopem nauczycielka żyje na odwrót: ona na górze, on na dole. Koniec świata ! Nic dziwnego,

że zobaczywszy to, Kaziuk spadł z drzewa.

 

 

Upadek

 

 

Aby uniknąć kompromitacji, Kaziuk postanawia ściąć drzewo rosnące przy oknie nauczycielki. A drzewo to niezwyczajne –

rówieśne, prawdziwie krewniacze. Drzewo–brat, posadzone przy Kaziukowych narodzinach. Zamierzając się na nie, Kaziuk jakby

na siebie samego się zamierzał. Ale niech tam... Już wcześniej zdobył się odwagę i rozkopał wreszcie miejsce, gdzie miał leżeć

ów mityczny złoty koń. Cała gromada się przekonała, że to bajka. Padające drzewo zraniło Kaziuka w bok – ale jednak nie zabiło.

Leżąc w łóżku rozpamiętuje, jak to nauczycielka miłość uprawiała. Brnie coraz dalej. Już własną żonkę do takich bezeceństw

namawia. Wróciwszy do zdrowia widzi, że katastrofa się dokonała: bagno wysuszone, dzieciaki koszami znoszą ryby uwięzione w

kałużach. No tak. Złotego konia nie ma, drzewa–brata nie ma, bagna nie ma. Odwożąc nauczycielkę na stację, próbuje wreszcie

tej miastowej zakazanej miłości. Nic też dziwnego, że stacza się na dno: do żniw wychodzi nie z sierpem, jak wszyscy i jak

zawsze, ale z kosą. Chwali się, jak mu koszenie prędko idzie... ”Prędzej, prędzej– przedrzeźniają go sąsiedzi. – Wcale nie

prędzej”. Chodźcie, zobaczcie – woła Kaziuk. Krokami mierzy swoje ściernisko, porównuje ze ścierniskiem brata, udowadnia.

Rozsierdzeni sąsiedzi zaczynają rozrzucać jego snopy – a on rusza ku nim z kosą. „Śmierć żniwuje – woła Kaziukowy ojciec. –

Kaziuk, ty jak śmierć w Herodach!” A on idzie naprzód, widząc, że ustępują przed nim jak przed Kostuchą.

 

funkymedia opinie