Wyszukiwarka:
Artykuły > Język Polski >

20. W kręgu miłości i nienawiści - o bohaterach literackich, których rozumiem, podziwiam, oskarżam.




20. W kręgu miłości i nienawiści - o bohaterach literackich, których rozumiem, podziwiam, oskarżam. Obiektem zainteresowania literatury od początków jej istnienia był człowiek - bohater literacki wraz ze swymi problemami, życiowymi dylematami i przeżywanymi konfliktami. Czytelnik zaś, śledząc losy literackich bohaterów kształtował swe opinie o nich, klasyfikował na dobrych i złych, próbował analizować ich postępowanie, często stawiał siebie w analogicznej sytuacji, aby rozstrzygnąć problem, zastanawiając się, jak sam by postąpił, jakie zająłby stanowisko. Mało jest w literaturze bohaterów, którzy byliby nam całkowicie obojętni. Bohaterowie pozytywni od wieków stanowią dla ludzi wzorce osobowe, są podziwiani, uważani za godnych naśladowania. Bohaterowie negatywni będą przez nas oceniani surowo, oskarżani, chociaż często wśród nich odnajdziemy i takich, których motywy postępowania będziemy starali się zrozumieć. Przegląd bohaterów literackich pod tym kątem możemy rozpocząć od literatury antycznej - jest ich spora i różnorodna galeria. Mitologia grecka dostarcza przykładów wspaniałych, szlachetnych postaw. Najpiękniejszą postacią greckiej mitologii jest niewątpliwie Prometeusz, który stworzył człowieka, a potem był jego dobroczyńcą - nauczył go licznych rzemiosł i umiejętności, dając mu moc panowania nad światem. To wspaniałe i szlachetne poświęcenie się wywołało gniew bogów olimpijskich. Prometeusz przykuty do ściany Kaukazu cierpiał okrutne męki, ale na zawsze pozostał w świadomości ludzkości jako symbol bezinteresownego poświęcenia się i buntu przeciwko bogom w imię wolności człowieka. Do idei prometeizmu powracali bardzo często twórcy późniejszych epok. Bohaterowie "Iliady" Homera także stali się bohaterami ludzkości. Najdzielniejszym trojańskim wojownikiem był odważny, mężny syn króla Priama Hektor. Trudno nie podziwiać go, gdy staje do pojedynku z Achillesem, chociaż wie, że z woli bogów musi zginąć, łatwo zrozumieć, że lękając się wielkiego przeciwnika trzykrotnie okrąża mury Troi, zanim stanie do walki. Mimo wielkiego męstwa i wspaniałej urody, boskiego pochodzenia nie budzi naszej sympatii szybkonogi Achilles, tak straszliwie zawzięty w swym gniewie, że nie potrafi przed pojedynkiem przeczuwającemu swą śmierć Hektorowi obiecać, że odda jego ciało zrozpaczonemu ojcu, lecz mówi: "Psie, ty mi moich rodziców ani mych kolan nie tykaj! ...Przenigdy cię matka czcigodna Już nie opłacze na marach - ta, która ciebie zrodziła, Ale psy głodne i sępy do szczętu ciebie rozszarpią." Jakiż okrutny i nieludzki w swym gniewie wydaje się Achilles, kiedy bezcześci ciało zabitego Hektora, włócząc je przywiązane do rydwanu, wokół mogiły swego przyjaciela Patroklesa, którego zabił wcześniej Hektor. Można powiedzieć w istocie, iż zemsta jest rozkoszą bogów. Wiele kontrowersji i sprzecznych uczuć wzbudzają bohaterowie "Antygony" Sofoklesa. Niekłamany podziw należny przede wszystkim Antygonie, która tak odważnie i dzielnie przeciwstawiła się Kreonowi, broniąc swoich racji, które uznała za słuszne. Nie zawahała się nawet poświęcić swego młodego życia, nie sprzeniewierzyła się samej sobie. Pogrzebała ciało swego brata Polonika, zgodnie z wiarą ojców, zgodnie z nakazami religii. Czytelnik powinien zrozumieć też postępowanie Ismeny, która będąc bojaźliwą starała się początkowo odwieść siostrę od jej postanowienia, ale później pragnęła ponieść wraz z nią karę. W naszej pamięci na zawsze jednak pozostanie wspaniale zarysowany przez Sofoklesa portret Antygony, najpiękniejszej z greckich bohaterek, wspaniałej córy Edypa z królewskiego, choć tak tragicznego, naznaczonego przekleństwem bogów rodu Labdakidów, która tak odważnie broniła prawa jednostki do wolności osobistej, umiała bronić swych przekonań i ideałów. Podziwiamy Antygonę tym bardziej, iż nam, ludziom współczesnym najczęściej brakuje tej niezłomności i wielkiej siły woli, jaką reprezentowała Antygona. Natomiast postępowanie Kreona budzi sprzeciw, chociaż uświadomimy sobie, że motywy, którymi się kierował są obiektywnie słuszne. Nie chciał stracić autorytetu władcy, ani ugiąć się przed młodą kobietą. Nie chciał, aby go posądzono o jakąkolwiek stronniczość, bo przecież Antygona była jego siostrzenicą, a także narzeczoną jego brata. Mimo to Kreon jest bohaterem, którego można oskarżyć o bezwzględność i okrucieństwo, bezmyślną i zbyt doktrynerską bezkompromisowość, która spowodowała śmierć wszystkich najbliższych mu osób. Wiele kontrowersji s sprzecznych osądów rodzi także próba oceny średniowiecznych bohaterów, a w szczególności ascetów, których reprezentował tytułowy bohater legendy o świętym Aleksym. Syn bogatego, rzymskiego patrycjusza wyrzekł się bogactw, przywilejów, szczęścia rodzinnego i wybrał życie żebraka, dobrowolnie znosząc głód, chłód, spiekotę i poniżenie. Wymagało to niezwykłej siły woli i cierpliwości. Godne podziwu są te cechy charakteru, ta wytrwałość w dążeniu do celu, której wielokrotnie brakuje nam, ludziom współczesnym. Natomiast same motywy postępowania św. Aleksego są dla nas niezrozumiałe, tak jak za tysiąc lat nasi potomkowie nie będą mogli zrozumieć nas. Budzi też nasz sprzeciw egoizm, a nawet egotyzm Aleksego, który myślał tylko o wytyczonym przez siebie celu - własnym zbawieniu, natomiast los najbliższych był mu zupełnie obojętny. Opuścił na zawsze swego ojca i matkę, skazał na samotne życie swą młodą żonę. Równie kontrowersyjną postacią jest Roland, średniowieczny rycerz francuski, dowódca tylnej straży wojsk Karola Wielkiego. Zaatakowany znienacka przez Saracenów zrazu nie decyduje się na wezwanie pomocy, gdyż byłoby to niezgodne z kodeksem etycznym walecznego rycerza. Kiedy patrzy na śmierć swych żołnierzy trąbi w róg, ale niestety jest już za późno. Roland posiada wiele cech charakteru, które budzą podziw współczesnego czytelnika. Przede wszystkim przyświecają mu piękne i do dziś aktualne ideały: Bóg, Honor, Ojczyzna, do dziś umieszczane na wielu sztandarach. Roland nie cofa się nawet w obliczu śmierci, zawsze gotowy oddać życie za swego władcę, ojczyznę i wiarę. Wiele wątpliwości budzi natomiast średniowieczne poczucie honoru, które nie pozwoliło Rolandowi wezwać pomocy i spowodowało śmierć wielu ludzi. Inna była jednak mentalność średniowiecznych rycerzy, toteż Roland pozostanie w naszej kulturze wzorem niedoścignionych wszelkich cnót rycerskich - odwagi, męstwa, waleczności i honoru. Także literatura romantyczna kreuje wielu takich bohaterów, którzy stanowią wspaniałe wzorce osobowe do naśladowania. Polska literatura romantyczna rozwijała się w warunkach niewoli narodowej, toteż wykreowany w tej epoce bohater to wspaniały patriota, nieustraszony bojownik o wolność swego zniewolonego narodu. Romantycy przy tym utożsamiali swe jednostkowe losy z losami całego narodu, zgodnie ze słowami Mickiewiczowskiego Konrada, który w "Dziadach", w scenie Wielkiej Improwizacji wyznawał: "Ja i ojczyzna to jedno (...) Nazywam się Milijon, Bo za miliony kocham i cierpię katusze." Czy mogą się pojawić jakiekolwiek wątpliwości przy ocenie Konrada Wallenroda? Można powtarzać tak często stawiane pytanie, czy "Konrad Wallenrod" jest poematem o zdradzie? Dla współczesnego czytelnika Wallenrod jest wspaniałym wzorem patrioty, który dla ojczyzny poświęca szczęście rodzinne i osobiste, a także własny spokój sumienia, z konieczności wybierając drogę podstępu i zdrady, w obliczu przeważających sił wroga, z pełną świadomością, że być może przyjdzie mu poświęcić także i własne życie. Do takiego bezgranicznego poświęcenia mógł być zdolny jedynie człowiek wielkiego serca, ducha i umysłu, bohater dla którego wartością nadrzędną była ojczyzna: "Słodszy wyraz nad wszystko, wyraz miłości, któremu Nie masz równego na ziemi oprócz wyrazu - ojczyzna," Walka o wolność była dla romantyków sprawą najważniejszą. Dla powstańców, organizatorów ataku na Belweder Wallenrod stał się wzorem osobowym, bohaterem godnym naśladowania, o czym świadczą słowa Aleksandra Chodźki, dotyczące oddziaływania utworu Mickiewicza na kształtowanie się postaw patriotycznych Polaków: "Słowo stało się ciałem, a Wallenrod Belwederem." Współczesny czytelnik nie ma żadnych wątpliwości, oceniając Konrada, którego czyn uznajemy za wielki i słuszny. Najwłaściwsze dla oceny postawy tego bohatera są słowa wybitnego historyka polskiej literatury Juliusza Kleinera, który pisał: "Mickiewicz dał największą kreację człowieka szlachetnego, pchniętego naciskiem losu na tory zbrodni. Dał jedną z najtragiczniejszych postaci wszystkich wieków. Dał hymn płomienny na cześć ofiarnej miłości ojczyzny. Nie ma literaturze polskiej drugiego utworu, gdzie by powinność narodowa została ujawniona z taką potęgą, z taką bezwzględną konsekwencją i z taką krańcowością." Niedoścignionym i podziwianym wzorem patriotyzmu pozostanie w świadomości Polaków Jacek Soplica, bohater "Pana Tadeusza", chociaż ocena jego postępowania wcale nie musi być całkowicie jednoznaczna. Autor przecież mówi o jego hulaszczym trybie życia w młodości, o jego skłonności do awantur i pojedynków. Przy tym jednak Jacek był ulubieńcem okolicznej szlachty, a więc taki właśnie styl życia był wówczas często spotykany. Przeciwko Jackowi przemawia też jego zachowanie po przeżytym zawodzie miłosnym. Człowiek, który miłość uważał za najważniejszą wartość w życiu, zdecydował się na małżeństwo przypadkowe z pierwszą napotkaną na drodze dziewczyną ubogą, po to, aby ostatecznie zmarnować jej życie i uczynić półsierotą swego syna. Dziwi nas i oburza taka decyzja bohatera. Najwięcej kontrowersji budzi jednak zabójstwo Stolnika. Każde morderstwo jest przecież czynem niemoralnym, godnym potępienia. W jaki sposób możemy bronić Jacka, jak go zrozumieć? Zabójstwo, którego dokonał było popełnione w afekcie. Jacek w swej przedśmiertnej spowiedzi wyznał, jak perfidnie zachował się wobec niego Stolnik. Długo udawał przyjaciela, gdyż za pośrednictwem Jacka mógł dowolnie dysponować głosami okolicznej szlachty na sejmikach. Obserwował rodzącą się między jego córką Ewą i Jackiem miłość, ale nadal zapraszał Jacka, a gdy biedny szlachcic próbował się oświadczyć, zręcznie zmieniał temat rozmowy, a w końcu, doskonale orientując się w uczuciach Jacka, pytał go, jako serdecznego przyjaciela o radę w sprawie zamążpójścia Ewy: "...Stolnik rzekł! Panie Soplica, Właśnie przyjechał do mnie swat Kasztelanica, Ty jesteś mój przyjaciel, cóż ty mówisz na to? Wiesz Wasze, że mam córkę piękną i bogatą, A kasztelan Witebski! Wszakże to w senacie Niskie drążkowe krzesło, cóż mi radzisz bracie? Nie pamiętam już zgoła, co mu na to rzekłem, Podobno nic - na konia wsiadłem i uciekłem!" Takie postępowanie Stolnika było wyjątkowo niegodziwe, obrażało też poczucie dumy, cieszącego się popularnością Jacka. Zabójstwo nie zostało dokonane z premedytacją, a Jacek nie miał nawet przy sobie broni, kiedy znalazł się w pobliżu zamku Horeszki. Widząc triumfującego nad Moskalami Horeszkę, kierowany nagłym impulsem chwycił broń stojącego obok Moskala i wystrzelił. Natychmiast swego czynu pożałował - stał przecież bez ruchu i czekał, aby Gerwazy go zastrzelił. Zresztą sam Stolnik umierając, zdawał sobie sprawę z ogromu wyrządzonych Jackowi krzywd, gdyż umierając, uczynił w jego stronę znak krzyża. Po dokonaniu zabójstwa Jacek stał się zupełnie innym człowiekiem. Uznany za zdrajcę, opuścił ojczyznę i syna Tadeusza, wstąpił do zakonu, zniknęła bezpowrotnie jego duma i buta, przyjął przecież nazwisko Robaka: "Ja, niegdyś dumny z rodu, ja, com był junakiem, Spuściłem głowę, kwestarz, zwałem się Robakiem, Że jako Robak w prochu..." Jacek postanowił ofiarną służbą dla ojczyzny odkupić winy i błędy młodości. Wstąpił do Legionów, wszędzie walcząc ofiarnie i bohatersko, był wielokrotnie ranny i więziony, wreszcie przybył w ojczyste strony, aby zorganizować powstanie. Zdaniem autora służba ojczyźnie, gotowość poświęcenia dla niej życia jest spełnieniem najzaszczytniejszego obowiązku. Dlatego zarówno bohaterowie utworu, jak i my czytelnicy przebaczamy Jackowi błędy jego młodości, uznajemy go za bohatera, wzór patrioty, który swym postępowaniem uczy nas, jak kochać ojczyznę, co w życiu człowieka powinno być wartością nadrzędną. W świecie bohaterów literackich epoki romantyzmu spotykamy wiele bardzo różnorodnych postaci, nie tylko wspaniałych wzorów godnych naśladowania, ale także takich, pod których adresem kierujemy słowa ostrego oskarżenia. Pozytywiści patrzyli na świat w sposób bardzo realistyczny, toteż wiedzieli, że nie może on się składać z samych jednostek pozytywnych, że są w nim także ludzie źli, egoiści, kosmopolici, utracjusze, zdrajcy. Najsympatyczniejszą postacią literatury pozytywistycznej jest zapewne Ignacy Rzecki, jeden z bohaterów "Lalki". Znamy jego życie od wczesnego dzieciństwa, dzięki pamiętnikom. Związał je ze sklepem Mincla, nie wyobrażał sobie życia bez ukochanej Warszawy i pracy, która była jedynym sensem jego życia. Rzecki był we wzruszający sposób staroświecki i staromodny, jednak bardzo życzliwy i ufny, a nawet trochę naiwny w stosunku do ludzi. Jego codzienne życie opromieniała niezachwiana wiara, że kiedyś Polska odzyska niepodległość, być może przy pomocy jakiegoś nowego "Napoleona". Jeśli uświadomimy sobie, że praca w sklepie była sensem jego życia, nie trudno nam będzie zrozumieć załamanie psychiczne starego subiekta, związane ze sprzedażą sklepu Szlangbaumowi. Rzecki był zabezpieczony przez Wokulskiego finansowo do końca życia, lecz nie o względy materialne chodziło Ignacemu, po prostu życie utraciło nagle dla niego sens. Godną podziwu jest także Justyna Orzelska, bohaterka powieści Elizy Orzeszkowej "Nad Niemnem". Nie popełniła ona błędu swej ciotki Marty, która obdarzyła w młodości odwzajemnionym uczuciem chłopa z zaścianka Anzelma Bohatyrowicza, jednak lękając się reakcji swego szlacheckiego środowiska, nie zdecydowała się go poślubić. Justyna była o wiele odważniejsza, postanowiła być posłuszna nakazom serca, śmiało przeciwstawiła się swemu otoczeniu, odrzuciła propozycję małżeńską bogatego, choć do gruntu zepsutego ziemianina Teofia Różyca i zdecydowała się wyjść za mąż za Janka Bohatyrowicza. Udowodniła, że wie, czego oczekuje od życia i konsekwentnie broniła swych przekonań. Podziwiać także należy postawę Benedykta Korczyńskiego, który tak dzielnie walczył z wszelkimi przeciwnościami, związanymi z prowadzeniem gospodarstwa. Nie pomagały mu w tej walce nawet najbliższe osoby. Kapryśna, wciąż niezadowolona z życia pani Emilia chroniła się przed wszystkimi problemami w świat francuskich romansów, a potem wymagała od męża równie romansowego zachowania. Troska o dom, a nawet o własne dzieci, które z pewnością kochała po swojemu była jej zupełnie obca. Na dodatek domagała się procentów od wniesionego przez siebie majątku na perfumy, biżuterie, stroje. Biedny Benedykt był jednak osaczony ze wszystkich stron. Szwagier Darzecki natarczywie domagał się posagu swej żony Jadwigi, a brat Dominik, który pozostał w Rosji po zakończeniu zesłania, radził mu, aby przeniósł się do Rosji, gdzie można się nieźle urządzić. Benedykt wiedział jednak swoje, nie mógł sprzedać lasu, jak radził mu szwagier, gdyż w korczyńskim lesie znajdowała się zbiorowa mogiła powstańców, miejsce dla Benedykta święte, nie tylko dlatego, że w tej mogile spoczywał jego brat Andrzej. Nie mógł też sprzedać zaborcom ziemi swych ojców, chciał, aby nadal pozostała ona w polskich rękach. Jeśli dodać do tego - przejściowe na szczęście - kłopoty z dorastającym synem Witoldem należy podziwiać Benedykta, że się nie załamał, nie zrezygnował, pozostał wierny samemu sobie. Jakże negatywnym przeciwieństwem Benedykta jest jego bratanek, syn poległego w powstaniu Andrzeja Zygmunt, człowiek, który nie umiał uszanować żadnej świętości. Bohaterski czyn ojca nazwał patriotyczną mrzonką, bez większych oporów pod presją matki porzucił Justynę Orzelską, a będąc już żonatym, zaproponował jej niedwuznaczny romans, trwonił bezmyślnie majątek swych ojców, sprawy ojczyzny były mu zupełnie obojętne. Ile też bólu zadał własnej matce, która marzyła o tym, aby syn - jako malarz - upamiętnił bohaterski czyn własnego ojca. Pani Andrzejowa wychowała jedynaka na egoistę, człowieka bezmyślnego, pozbawionego nie tylko idei, lecz jakiegokolwiek celi i sensu życia. Wspaniałe kreacje bohaterów, których postępowanie zmusza do refleksji, do formułowania sądów i opinii odnajdujemy w prozie Stefana Żeromskiego. Pisarz ten wielokrotnie uświadamia nam, że człowiek nie jest istotą doskonałą, to nie leży w jego naturze. Oczywiście zarówno w literaturze jak i w życiu zdarzają się chlubne wyjątki. Wiele zależy od otoczenia, od środowiska, w którym człowiek żyje. Działanie w pojedynkę jest zawsze trudniejsze i tylko duża odporność psychiczna może człowieka uchronić przed porażką. Takie właśnie zmagania z losem ukazane zostały w noweli Stefana Żeromskiego "Siłaczka". Bohaterowie, to dwoje młodych idealistów, którzy pragnęli zmienić świat. Stanisława Bozowska była wiejską nauczycielką, zaś Paweł Obarecki pracował w miasteczku Obrzydłówku jako lekarz. Poznali się w czasie studiów w Warszawie, kiedy to wśród studentów i młodej inteligencji rozpowszechnione były hasła pomocy dla prostego ludu. Czas nauki minął jednak szybko i młodzi ludzie stanęli twarzą w twarz ze wszelkimi przeciwnościami losu. Po okresie czysto teoretycznych rozważań przyszedł czas na realizację idei. Okazało się szybko, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Dochowanie wierności młodzieńczym ideałom okazało się zbyt trudne dla Obareckiego. Z tej życiowej próby zwycięsko wyszła pani Stanisława. Otoczona prawdziwą miłością prostego, wiejskiego ludu uczyła wiejskie dzieci, a w wolnych chwilach pisała dzieło swego życia "Fizykę dla ludu", zapominając o sobie. Nie złamały jej żadne przeciwności losu, poddała się dopiero chorobie, umierając na tyfus. Pozostała po niej wdzięczność i wiele wspomnień mieszkańców wsi, a przede wszystkim podziw i szacunek wielu pokoleń czytelników. Paweł Obarecki także rozpoczął pracę ze szlachetnym zamiarem realizowania swych ideałów. Chciał nieść bezinteresowną pomoc ludziom chorym. Rozpoczął walkę z miejscowym znachorem i aptekarzem, który realizował jego niefachowe recepty. Uległ jednak presji małomiasteczkowego środowiska. Dlaczego Paweł Obarecki przegrał? Zabrakło mu siły charakteru, jaką posiadała Stasia, niezłomności i uporu w pokonywaniu przeszkód. Za rezygnację z własnych ideałów zapłacił pogardą dla samego siebie. Jego klęska była tym bardziej bolesna, że w pewnym momencie zdał sobie z niej sprawę, kiedy pochylał się nad łóżkiem umierającej Stasi. Przeciwstawienie się własnym ideałom, to swego rodzaju moralna śmierć, to utrata poczucia własnej wartości. Kiedy człowiek traci wiarę w siebie, dochodzą do głosu najwięksi wrogowie ludzkiej psychiki - rezygnacja i niechęć. Natomiast dochowanie wierności własnym ideałom nadaje sens życiu człowieka, jest źródłem jego moralnej siły. Dlatego właśnie Stasia, pozornie słaba kobieta zasłużyła sobie na zaszczytne miano siłaczki. Podziwianym przez czytelników, chociaż w pewnej mierze kontrowersyjnym bohaterem jest doktor Tomasz Judym, bohater "Ludzi bezdomnych". Poświęcając się bez reszty walce o polepszenie warunków życia i pracy proletariatu świadomie rezygnuje ze szczęścia rodzinnego domu, marzy o domowym ognisku, podobnie jak i Joasia. Poczucie obowiązku, przekonanie o konieczności spłacenia "przeklętego długu" wobec klasy, z której się wywodził okazuje się silniejsze. Podziwiamy więc Judyma za jego niezwykłą siłę charakteru, szlachetność, głębokie współczucie dla wszelkiej ludzkiej nędzy, jednocześnie trudno nam jest pogodzić się z jego decyzją ostatecznego zerwania z Joasią. Typowo pozytywistyczne społeczne zaangażowanie Judyma idzie w parze z jego typowo romantyczną naturą. Bunt wobec zastanej rzeczywistości, negacja świata, konieczność dokonania wyboru, który będzie tragiczny, wewnętrzne rozterki, walka z samym sobą to cechy romantyczne. Nie zawsze literatura kreuje bohaterów pozytywnych, dostarczając tym samym wzorców osobowych. Głównym, a jednak zdecydowanie negatywnym bohaterem jest Zenon Ziembiewicz z powieści "Granica". Należałoby go oskarżyć o to, że był człowiekiem nieodpowiedzialnym nawet za własne czyny, wciąż przekraczającym granicę odpowiedzialności moralnej. Tę granicę się przekracza - zdaniem autorki - gdy swym postępowaniem krzywdzi się innego człowieka. Przekracza się ją w pewnym niedostrzegalnym momencie, toteż Zenon wcale nie czuł się winny, bo przecież niczego nie obiecywał Justynie, wyszukiwał dla niej wciąż nowe miejsca pracy, po próbie samobójstwa zapewnił jej opiekę lekarską, zaś Elżbiecie wyznał, że mimo obietnic romansu nie zakończył. Zapraszał Justynę do hotelowego pokoju, gdyż była samotna i nieszczęśliwa, a on chciał ją jedynie pocieszyć. Istnienie tej granicy uświadomiła Zenonowi jego żona Elżbieta, kiedy już oboje nie umieli zapanować nad piętrzącymi się problemami, mówiąc: "Chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą przestaje się być sobą, za którą nie wolno przejść". Zupełnie analogicznie, nieodpowiedzialnie i nieetycznie postępował Zenon w życiu zawodowym, robiąc błyskotliwą karierę zawodową. Zaczynał jako lewicujący młody człowiek, ale szybko "sprzedał" się sferom rządzącym, aby ukończyć studia w Paryżu w zamian za pisanie do "Niwy" artykułów o odpowiedniej wymowie ideologicznej. Po powrocie z Paryża został redaktorem naczelnym tego pisma, zastępując na tym stanowisku Czechlińskiego, który został starostą i niebawem zapominając o swych niedawnych lewicowych poglądach. Jednocześnie uczestniczył w życiu towarzyskim miasteczka, przyjmował znakomitych gości w swej redakcji, sam także bywał częstym gościem salonów. Kiedy został prezydentem miasta był u szczytu popularności. Poczynił nawet robotnikom pewne obietnice, rozpoczął budowę tanich domów dla robotników, planował ośrodek wypoczynkowy z boiskiem i kortem tenisowym, ale żadnego z tych szlachetnych zamiarów nie zrealizował. W czasie robotniczej manifestacji nie wydał zdecydowanego zakazu strzelania do robotników, toteż został obarczony odpowiedzialnością za śmierć kilku z nich. Dopiero w obliczu końcowej katastrofy Zenon zrozumiał, że ludzie oceniają go zupełnie inaczej niż on sam, bowiem "jest się takim, jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie my". Oskarżenie skierowane pod adresem Zenona powinno być jeszcze ostrzejsze, gdyż długo nie poczuwał się on do winy, umiał zręcznie usprawiedliwiać każdy swój uczynek, co jednak w żadnym wypadku nie zwalnia go od odpowiedzialności za własne czyny. Wśród podziwianych przez czytelników bohaterów na pewno znajdzie się też Bogumił Niechcic, jeden z najwspanialszych bohaterów literackich, wyrażający swym postępowaniem optymistyczną afirmację życia, czyli umiejętność cieszenia się nim w każdym momencie, życzliwość i ufność w stosunku do innych ludzi. Czyż można nie podziwiać bohatera, o którym autorka mówi: "Patrząc na jego twarz spoglądało się niby w czysty, przestronny dziedziniec, wiodący do bezpiecznego domu". Życie nie szczędziło mu ani pokus, ani trudnych doświadczeń, ani chwil zniechęcenia. Nigdy jednak się nie załamywał, doświadczając złego losu opanowywał sytuację i pokonywał trudności. Inne jego zalety godne podziwu, objawiające się w bezpośrednim działaniu to energia, wytrwałość, powaga i niezwykła szlachetność w stosunkach z ludźmi. Podziw, jaki okazywali mu inni, zaufanie, jakim go darzyli świadczą najlepiej o zaletach jego charakteru. Żonę Barbarę wiernie i wytrwale kochał, chociaż zdawał sobie sprawę, że jest to miłość nieodwzajemniona. Jak zwykle w życiu próbował i w tym wypadku pocieszyć się, spojrzeć optymistycznie na ich związek, mówiąc: "Czyż można przestać kochać niebo i ziemię, za to, że deszcz i niepogoda" kochał też bardzo swoje dzieci, chociaż wymagał od nich szacunku, posłuszeństwa i uznania, solidności i pracowitości. Pragnął przecież wychować ich na prawdziwych obywateli, patriotów, ludzi, którzy będą się cieszyć szacunkiem i zaufaniem innych. . Oceniając natomiast bohaterów "Dżumy" Alberta Camusa należy za punkt wyjścia do tych rozważań przyjąć słowa głównego bohatera doktora Rieux, że "w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę". W istocie większość powieściowych bohaterów podejmuje bezwzględną i ofiarną walkę z dżumą, a pod tym określeniem może kryć się wszelkie zło tego świata. Bohaterowie głęboko moralistycznej powieści Camusa zdali swój życiowy egzamin, nie pogodzili się ze złem, a chociaż nie byli pewni zwycięstwa, stanęli do walki. Jedynie doktor Bernard Rieux wie, że zwycięstwa w walce z dżumą zawsze będą połowiczne, gdyż: "bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony (...) i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by uśmiercały w szczęśliwym mieście". Wśród tych ludzi godnych podziwu na czoło wysuwa się doktor Bernard Rieux, który podejmuje bezwzględną walkę z dżumą. Nigdy nie jest mu obojętny los drugiego człowieka. Śmierć każdego chorego jest dla niego prawdziwym ciosem, jednak śmierć małego synka sędziego Othona wywołuje w nim prawdziwy bunt przeciwko złu. Oświadcza wówczas księdzu Paneluux, że do śmierci nie będzie kochał tego świata, gdzie dzieci są torturowane. Bernard przeżyje dżumę straciwszy najbliższych, zachowując do końca godną podziwu, bohaterską postawę, połączoną z bolesną świadomością, że zwycięstwa w walce z dżumą zawsze będą tymczasowe. Dzielnie towarzyszy doktorowi w jego zmaganiach z dżumą Jean Tarrou, który od wczesnej młodości nienawidzi wszystkich zadżumionych, chociaż posiada tę bolesną świadomość, że dżuma (zło) jest wszędzie. Zwierzając się doktorowi wyznaje: "Wiem, że wszyscy żyjemy w dżumie, i straciłem spokój. Szukam go dziś jeszcze, usiłując zrozumieć wszystkich i nie Być śmiertelnym wrogiem nikogo. Pewne jest jedynie, że Należy zrobić wszystko, żeby nie być zadżumionym..." Tymczasem pierwszym "zadżumionym", którego spotkał u progu swej młodości Tarrou, był jego własny ojciec - prokurator okręgowy. Syn zobaczył swego czułego, wspaniałego ojca, jak domaga się dla przestępcy kary śmierci, tymczasem w oczach skazańca czaił się strach. Młody Jean opuścił rodzinny dom i odtąd zawsze i wszędzie podejmował walkę ze złem, wierząc, że dobro tkwi w ludzkiej naturze, nie można więc się od ludzi odwracać, lecz należy im pomóc. Tarrou zmarł, kiedy dżuma ustępowała już z udręczonego miasta, ale swym postępowaniem zapisał się do grona tych bohaterów godnych podziwu, którzy własną śmiercią opłacali wierność wyznawanym ideałom. Najpierw zrozumieć, a później podziwiać należy także Raymonda Ramberta dziennikarza z Paryża, któremu zamknięcie zadżumionego miasta Oranu uniemożliwiło powrót do ukochanej. Początkowo buntował się przeciwko takiemu zniewoleniu i wszelkimi nielegalnymi drogami starał się opuścić miasto. Kiedy jednak nadarzyła się w końcu taka okazja Rambert zupełnie nieoczekiwanie rezygnuje z możliwości wyjazdu. Postanawia zostać, aby pomóc zadżumionemu miastu. I wie, że nie może stchórzyć, nie może uciekać przed odpowiedzialnością za własne czyny, gdyż "byłoby mu wstyd, gdyby wyjechał. Przeszkodziłoby mu to kochać kobietę, którą zostawił". Zrozumiał też, że zło tego świata nigdy nie jest indywidualną sprawą jednego człowieka, czy grupy ludzi, lecz sprawą nas wszystkich i dlatego postanowił zostać, w sposób następujący uzasadniając swą nagłą zmianę decyzji: "Zawsze myślałem, że jestem obcy w tym mieście i że nie mam tu z wami nic wspólnego. Ale teraz, kiedy zobaczyłem co, co zobaczyłem, wiem, że jestem stąd, czy chcę tego, czy nie chcę. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich". Właśnie ta wewnętrzna walka z samym sobą, to dochodzenie do właściwej ideologii zasługuje na podziw. Trudno jest wymienić na przestrzeni epok wszystkich bohaterów literackich podziwianych, rozumianych lub oskarżanych przez czytelnika. Ponieważ jednak "w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę" w literaturze też częściej spotykamy bohaterów szlachetnych, odważnych, stanowiących wspaniałe wzorce osobowe, którzy stają się "własnością" całej ludzkości